„Pięćdziesiąt twarzy Greya” - skąd ten fenomen?

13 lutego Pięćdziesiąt twarzy Greya wejdzie na ekrany polskich kin. Im bliżej premiery, tym znów więcej doniesień na temat tego największego bestsellera ostatnich lat. Skąd wziął się ten fenomen?

Grey wkracza do księgarń

Tendencyjne wybory czytelników zdają się być coraz niższych lotów. Kilka lat temu szalała potteromania. Seria powieści o młodym czarodzieju, Harrym Potterze, przywróciła modę na czytanie. Po serię sięgały nie tylko dzieci, ale również dorośli. Później nadszedł czas na Zmierzch. Opowieść o romansie ludzkiej dziewczyny, której serce rozdarte było między uczuciem do wampira i wilkołaka, zdobyła miliony fanek na całym świecie, a w księgarniach pojawił się wysyp książek z gatunku paranormal romance. Dwa lata temu najbardziej eksponowane miejsca na księgarskich półkach zajmowały pozycje o tytułach takich jak Dotyk Crossa, Trzy oblicza pożądania, Namiętność po zmierzchu, Na każde jego żądanie, Wszystkie odcienie czerni. Wszystkie te książki mają nawet podobną szatę graficzną. Skąd ta niepokojąca tendencja w literaturze beletrystycznej? Wszystko zaczęło się od Pięćdziesięciu twarzy Greya. Podobną do… No właśnie… Skąd to wzięło swój początek? Triumfy na świecie i w Polsce święci Pięćdziesiąt twarzy Greya. Skąd to zamieszanie?

Od 2011 roku triumfy na polskich i światowych listach bestsellerów święci trylogia Eriki Leonard, kryjącej się pod pseudonimem E.L. James. Romans reklamowany jako pełen masochistycznego seksu. Godzi to w purystyczne poczucie moralności, a jakość dzieła niemal jednomyślnie zostaje zakwestionowana przez krytyków i znaczną część czytelników. Jednak pozostaje faktem, że tylko do sierpnia 2012 roku sprzedano ponad 40 milionów egzemplarzy, a prawa do publikacji kupiono aż w 37 krajach1. Co stoi za tym fenomenem? Zwykły marketing czy może coś więcej? Spróbuję poszukać odpowiedzi na to pytanie w dalszej części tego tekstu.

Bestseller napisany w kuchni

Erica Leonard jest z wykształcenia historykiem, a większość swego dorosłego życia przepracowała jako producent programów telewizyjnych. Dojeżdżając do pracy metrem, dla zabicia czasu, czytała romanse erotyczne. Przełom w jej życiu nastąpił, gdy otrzymała od męża sagę Zmierzch. Sama autorka wspomina:

Zwariowałam na jej punkcie. W końcu sama zaczęłam pisać historie zainspirowane tą serią i umieszczać je na stronie fanfiction.net. Na początku były to chaotyczne wpisy, z czasem przybrały formę powieści w odcinkach. Pierwszym tytułem był Master of the Universe (ang. „władca wszechświata”). Dopiero później zmieniłam go na Pięćdziesiąt twarzy Greya2. 

Z czasem proces tworzenia pochłonął ją do tego stopnia, że zamiast spotkań z przyjaciółmi, wolała siedzieć w kuchni nad laptopem i zastanawiać się nad kolejnymi losami wykreowanych przez siebie bohaterów, a kolejne odcinki umieszczała w internecie.

Moją pisaninę najpierw wyłowiło z otchłani internetu małe australijskie wydawnictwo. Sami się do mnie zgłosili z propozycją opublikowania moich grafomańskich zabaw w formie książki. Dla mnie było to nieoczekiwane spełnienie marzeń - chciałam, żeby ten romans ukazał się „na papierze”. Wydawnictwo nie zamierzało jednak zbyt wiele ryzykować. Zaproponowali więc formułę „druk na zamówienie”. Kto chciał, zamawiał u nich egzemplarz i dopiero wtedy drukowali ich określoną liczbę. Prędko okazało się, że nie są w stanie sprostać popytowi. Napływały tysiące, potem dziesiątki i setki tysięcy zamówień. Zaczęli do mnie dzwonić amerykańscy dziennikarze z prośbą o wywiady, zapraszano mnie do telewizji, a ja musiałam odmawiać, bo nie mogłam promować książki, której nie było w księgarniach! Dopiero gdy prawa do Greya kupiło wielkie wydawnictwo Random House i wydało ją w dużym nakładzie, wybuchła sensacja. Wtedy po raz pierwszy dotarło do mnie, że wygrałam los na loterii. Szanse na napisanie bestsellera miałam żadne. Nie wiem, czemu odniosłam sukces. Byłam amatorką. Po prostu intuicyjnie trafiłam w jakąś ukrytą potrzebę”3. 

Samonapędzająca się machina marketingu

O ile na początku o popularności książki zadecydowało szczęście, o tyle trudno mówić o przypadku, kiedy zewsząd krzyczą hasła: „Kobiety na jej punkcie szaleją. Biblioteki apelują, by wycofać z obiegu” czy Niezwykły sukces damskiego porno inspirowanego cyklem Zmierzch! Pięćdziesiąt twarzy Greya to powieść, która odmieniła życie seksualne milionów kobiet!4. O ile o tym, że pewna książka zostaje bestsellerem, do pewnego momentu decyduje ślepy los, o tyle później już działa zasada „nieważne czy mówią dobrze czy źle, ważne, że mówią”. Jeśli o czymś mówi się wszędzie, to siłą rzeczy sporo osób po to sięgnie, aby przekonać się o czym mowa. W taki właśnie sposób dałam złapać się w sidła również ja – chciałam się przekonać o czym wszyscy mówią, żeby móc sobie wyrobić własną opinię na ten temat.

Ale czy faktycznie sam marketing wystarczył? Należy znów przypomnieć, że trylogia Pięćdziesiąt odcieni to nie tylko Pięćdziesiąt twarzy Greya, ale również jej kontynuacje – Ciemniejsza strona Greya oraz Nowe oblicze Greya. Warto w tym miejscu zadać pytanie: czy kolejne pozycje tej trylogii dorównałyby sukcesowi pierwszej, gdyby pierwsza część zupełnie nie spodobała się czytelnikom? Myślę, że odpowiedź brzmi: nie. Zatem drążąc dalej: czym zachwyciły się miliony czytelników?

Banalne grzesznego początki

Jamie Dornan i Dakota Johnson - wybór ich jako odtwórców
 głównych ról wywołał spore kontrowersje.
Schemat fabularny nie kryje w sobie niczego nowatorskiego. Dwudziestojednoletnia Anastasia Steel, studentka literatury angielskiej, w zastępstwie chorej przyjaciółki ma przeprowadzić wywiad z przystojnym biznesmenem, Christianem Greyem. Po tym pierwszym spotkaniu, następują kolejne. Po licznych perypetiach nawiązują nietypowy romans – Christian okazuje się miłośnikiem sadomasochistycznych zabaw, do których chce wciągnąć niewinną Anę, w dodatku ma obsesję na punkcie sprawowania kontroli, a wydarzenia z wczesnego dzieciństwa odbijają się na jego dorosłym życiu. Ana nie jest jednak w stanie oprzeć się urokowi tego mężczyzny i z czasem oboje przechodzą przemianę – dziewczyna nabiera pewności siebie i jest jedyną osobą, która jest w stanie nie tylko zawładnąć sercem Greya, ale również oddziaływać na Pana Zmiennego. W drodze do nieubłaganego happy endu – zawarcia związku małżeńskiego i wydania na świat potomków – przyjdzie im napotkać liczne perypetie, z których część będzie budzić ekscytację, a inne grozę – loty śmigłowcem, kolacje w luksusowych restauracjach, rozstanie, powrót, prześladowanie byłej uległej Christiana oraz byłego szefa Any, zmagania z pedofilską byłą kochanką, zaręczyny, ślub, podróż poślubna… A w międzyczasie przesuwanie kolejnych granic seksualnego tabu.

Wciągająca intryga

Choć powieści można zarzucić naprawdę wiele uchybień, to jednak kobiety – i nie tylko kobiety – czytają ją. I chociaż mogłaby uchodzić za antywzór dla przyszłych adeptów pióra, to jedno trzeba zaliczyć Erice Leonard na plus – potrafi sprawić, by czytelnik nie mógł się oderwać od lektury. I nie chodzi już tylko o seks, który w niektórych miejscach trylogii pojawia się w takim natężeniu, że staje się to nudne. Autorka potrafi podtrzymywać czytelnika w napięciu, a nawet rozbawić – stosuje choćby takie sztuczki jak to, że rozdziały zawsze kończą się w kluczowym miejscu akcji. Tu może też tkwić odpowiedź na pytanie, dlaczego ludzie sięgają po kolejne książki – bo kończą się w najbardziej kluczowych momentach. Pięćdziesiąt twarzy Greya kończy się zerwaniem Any i Christiana, a z kolei druga część, Ciemniejsza strona Greya, kończy się w momencie zaręczyn pary oraz zupełnym zerwaniem stosunków Christiana z jego byłą kochanką, która nauczyła go zamiłowania do sadomasochistycznego seksu, kiedy chłopak miał piętnaście lat.

Zatem na pewnym poziomie, jest to po prostu wciągające czytadło. Książka, która pozwala na długie godziny oderwać się od rzeczywistości. Rozrywka też stanowi wartość. Więc jeśli w tej trylogii ktoś chciałby doszukać się wartości, to z pewnością nie odmówi jej wartości rozrywkowych.

Ale nie tylko. Pozostaje również…

Rewolucja w sypialniach

Seks jest w tej historii niczym jeden z głównych bohaterów. Napięcie seksualne oraz sposoby jego rozładowywania pojawiają się na każdej z niemal dwóch tysięcy stron trylogii. Nie ważne czy Ana i Christian spędzają akurat czas w sypialni, czy też po prostu rozmawiają, czy nawet się kłócą. Anastasia nawet po kilku miesiącach w związku z Christianem, nie przerywa westchnień typu „Ach, jakiż on przystojny”. Robią to po kilka razy dziennie, w każdym możliwym miejscu. Już na patologię zakrawa sytuacja, w której para jest w kłótni po tym jak Ana dowiaduje się, że jest w ciąży. A nawet wtedy, mimo powagi całej sytuacji, zachowuje się jak kusicielka; chce go uwieść. Nie przestaje skupiać uwagi na jego wspaniałym ciele.

Ich seks bynajmniej nie jest nudny. W końcu Christian to miłośnik BDSM (skrótowiec pochodzący od angielskich słów oznaczających „związanie” i „dyscyplinę” ( bondage & discipline, B&D), „dominację” i „uległość” (ang. domination & submission, D&s, D/s) sadyzm i masochizm (ang. sadism & masochism, S&M5). Do takiej formy seksu chce też przekonać Anastasię, uczynić z niej swoją Uległą. Jednak ostatecznie decyduje się do dziewczyny, która jest dziewicą, podchodzić z pewną dozą delikatności i bardzo stopniowo wprowadza ją w świat tego typu zabaw (do których zresztą ma specjalny pokój – wyposażony w łańcuchy, przyrządy do bicia i erotyczne gadżety). Nie znajdziemy zatem w powieści żadnych drastycznych scen, które mogłyby uchodzić bardziej za sceny gwałtu. Jest ostro, ale też nikt nie cierpi – właściwie każde zbliżenie Any i Christiana kończy się równoczesnym orgazmem.

Sposób ukazania seksu w powieści ma odzwierciedlenie w życiu seksualnym czytelników, o czym mówią już choćby statystyki przedstawione przez Grzegorza Wysockiego:

„o 1500 proc. wzrosła sprzedaż używanej do krępowania taśmy klejącej, a o 560 proc. – „kulek gejszy” (…). Znacząco wzrósł popyt na na pejcze, kajdanki i opaski na oczy oraz wszelkiego rodzaju pornografię.”6

Pod tym względem książka wywołała zatem dość pozytywny efekt. Jednak środowiska feministyczne nie oceniają tego w ten sposób. Kobiety z tych kręgów uważają, że trylogia kreuje wizerunek kobiety uprzedmiotowionej, która chce być zdana na łaskę mężczyzny, zostać zdominowaną7. Oceny tego zjawiska są zatem skrajne.

Pikantna baśń o Kopciuszku

Pięćdziesiąt twarzy Greya to kolejna ze współczesnych wersji baśni o Kopciuszku. Anastasia jest tu Kopciuszkiem – prostą, zakompleksioną, nieśmiałą dziewczyną. Ładną, chociaż niemającą pojęcia o modzie – kiedy chce dobrze wyglądać, jest zdana na przyjaciółkę i jej szafę z ubraniami. W dodatku (co za wstyd!) jest wciąż dziewicą. Jej największym zmartwieniem, kiedy idzie na wywiad z Greyem, jest to, czy się nie potknie (i oczywiście to robi. Ląduje w gabinecie prezesa na czworakach). Jest niezdarna, pomimo swego oczytania, nie potrafi wydusić z siebie zbyt sensownych zdań, a jej brak przygotowania do wywiadu, ewidentnie drażni Greya. Ogólnie niczym się nie wyróżnia, trudno doszukać się w niej czegoś atrakcyjnego. A jednak zdobywa zainteresowanie księcia. Bo bez wątpienia figurą księcia jest tu Christian Grey. Młody, bogaty, szalenie przystojny dwudziestosiedmioletni prezes. Osobowość niemal demoniczna, na widok którego kobiety reagują w sposób niekontrolowany. Ma pod sobą finansowe imperium, na dodatek nie stroni od działalności filantropijnej – jego marzeniem jest nakarmić cały świat. Na konto jego licznych zalet można dodać talenty i zdolności – potrafi pilotować śmigłowiec, grać na fortepianie, biegle zna francuski… I właśnie ktoś taki interesuje się przeciętnym Kopciuszkiem – Anastasią Steel.

Jednak by nie było zbyt bajkowo, a historia nie była zbyt mdła, idealny Christian Grey skrywa w sobie mroczną skazę – trudną przeszłość i upodobania sadomasochistyczne. Nie bawi się w „serduszka i kwiatki”. Nie proponuje Anie by stała się panią jego serca i zamieszkała w jego pałacu. Wręcz przeciwnie. To on jest kontrolerem, to on chce być Panem, a dziewczyna ma być jego Uległą.

Ana jest zafascynowana Christianem, lecz przemawia przez nią jej zadziorność i buntownicza natura – nie chce przystać na takie warunki. Nie chce być jego seksualną niewolnicą, ani też zgodzić się na wszystkie perwersje, które Christian przedstawia jej w umowie. A jednak… Taka perspektywa jest kusząca.

Jak nietrudno się domyślić, w końcu mu ulega, a po licznych perypetiach i zawiłościach w końcu udaje im się do siebie dotrzeć, wypracować kompromis – Ana stopniowo przesuwa granice swojej pruderyjności, a Christian powoli odsłania swoje ludzkie oblicze, staje się cieplejszy, a nawet zadowala go zwyczajny, „waniliowy” seks.

Historia oczywiście kończy się happy endem – zupełnie jak w bajce. Tylko że ta bajka należy akurat do bardzo pikantnych. Uproszczając: Anastasia jest typem zwyczajnej dziewczyny, z którą większość czytelniczek powieści Eriki Leonard może się utożsamić. Większość kobiet, nawet jeśli się do tego nie przyznaje, marzy o takim (niemal) idealnym mężczyźnie jak Christian. Sądzę, że to właśnie jest kolejny z powodów sukcesu tej trylogii.

Błędy i niekonsekwencje

Na koniec należałoby skupić się na zarzutach, które można skierować pod adres serii. Książka może stanowić antywzór dla początkujących adeptów pióra. Poza licznymi niedociągnięciami stylistycznymi, roi się od niekonsekwencji.

Jak to możliwe, że wzorowa studentka, jaką jest Ana, nie przygotowała się w żaden sposób do wywiadu – zdaje się, że nawet nie przeczytała pytań przygotowanych przez koleżankę. Skoro Christian Grey był tak znaną postacią, to jak to możliwe, że wcześniej o nim nic nie słyszała? Akcja trylogii rozgrywa się między majem a wrześniem 2011 roku. Jak zatem możliwe, że w erze Internetu Ana jest zaskoczona wynalazkiem Google’a czy poczty elektronicznej? Dlaczego w epoce Facebooka, pierwszym odruchem Christiana, zafascynowanego Anastasią, jest telefon do detektywa, a nie próba znalezienia informacji o dziewczynie w Internecie? Jakim cudem Christian, poważny biznesmen, zarabiający, jak sam przyznaje, 100 tysięcy dolarów na godzinę, o dowolnej porze może porzucić wszelkie swoje zajęcia i znaleźć się z byle powodu tuż przy swojej dziewczynie? Jak to możliwe, że pierwsze objawy ciążowe pojawiają się w tym samym dniu, w którym Ana dowiaduje się o swoim stanie błogosławionym?

Na owe niekonsekwencje można nie zwrócić zbyt szczególnej uwagi. Fatalny styl jest już jednak nie do przeoczenia. Pojawiają się notoryczne powtórzenia, bohaterowie „niezobowiązująco wzruszają ramionami”, Christian „uśmiecha się unosząc brew z cierpkim rozbawieniem”, Anastasia przeżywając orgazm, za każdym razem „eksploduje” przy Christianie. Czytelnik jest też zawsze doskonale poinformowany o tym, jakie ubrania mają na sobie bohaterowie – w jakim kolorze i z jakiego materiału zostały wykonane.

Kiepskiego stylu nie ratuje również autorka polskiego przekładu, Monika Wiśniewska. Dochodzi nawet do tego, że o ile w pierwszej części Ana notorycznie wykrzykiwała „o święty Barnabo!”, o tyle w kolejnych dwóch częściach, dziewczyna zdaje się już zapomnieć o tym świętym.

Moim zdaniem nie jest to lektura jednoznacznie zła, ale trudno też doszukiwać się w niej szczególnie wartościowych idei. Autorka nigdy nie zdobędzie literackiej Nagrody Nobla, ale za to jej czytelniczkom sporo czasu upłynie na lekkiej rozrywce, a część zapewne urozmaici swoje życie seksualne.

Przypisy:
1 G. Wysocki: Ale ból!, [w:] „Książki”, nr 3/2012, s. 48-49.
3 Ibidem.
6 G, Wysocki, op. cit.
7 K. Wężyk Moja pupa, moja sprawa, [w:] „Wysokie obcasy”, nr 181, 2012 r.



Share this:

CONVERSATION

0 komentarze:

Prześlij komentarz